Kącik Dziecięcy

Dzień z życia mamy

Dzień zaczęliśmy wcześnie, jak na moja głowę za wcześnie. Ale przecież mój syn uznaje zasadę czas to piniądz. Kiedy muszę wstać o tej 5 rano czasem wizualizuję sobie, jak  Milo ma 18 lat, wraca  zmelanżowany nad ranem do domu, a ja punkt 7  jak ta bogini, w pełnym makijażu, z uśmiechem  nr. 1 i włączonym odkurzaczem wchodzę jak do siebie, odsłaniam rolety, wznoszę ręce ku górze i śpiewam najgłośniej  jak tylko potrafię Shine bright like a diamond.

Tydzień później robię to samo, tyle że śpiewając Oooops I did it again.

Do godziny 7 zdążałam już zrobić jaglankę z owocami i niezły bajzel w kuchni. Mimo,  że karmię go łyżeczką, syf jest taki jakbyśmy praktykowali pierwszy dzień BLW. Milan przechodzi fazę wyciągania jedzenia z buzi  i sprawdzania co mu daję. Raz poczęstowałam go kwaśnym jabłkiem, a ten teraz cały czas myśli, że chcę go otruć.

Bawimy się na łóżku, moja głowa zaraz wybuchnie. Nie biorę już nic przeciwbólowego bo i tak wiem, że nie pomoże. W międzyczasie Milan zauważa mój telefon, jak tylko go chowam zapala się w sekundę. Ryk, łzy, lament, dramat. Potrafi płakać na zawołanie. Nie patrzcie na mnie, nie ode mnie się tego nauczył…

Nic nie wskazuje, że ten dzień będzie łatwy. Walczę o przetrwanie. Po 15 min dramatu próbuje położyć go spać. Okres, że młody zasypia sam już dawno minął. Teraz  piszczy i lamentuje tak bardzo, że czasem chyba zahacza to o pato, dlatego usypiam go na rękach albo przy butelce. To nasza gorzka porażka bo kiedyś było lepiej. O 11 zorientowałam się, że nie piłam jeszcze kawy. Szybko nadrabiam te niedopuszczalne zaniedbanie. Dla chwili spokoju sadzam go w foteliku i daje brzoskwinię. Po 15 min w promieniu metra wszytko jest o smaku brzoskwi.  Dwa metry od krzesełka brzoskwinia jest też na ścianie.

Jest godzina 12.20, a ja już go dwa razy kąpałam i przebierałam.  Ładnie je tylko na początku, kiedy głód jest silniejszy od ciekawości. Potem zaczyna się impreza. Ubieranie i przewijanie to raczej zapasy, kładę przeciwnika na łopatki, a on niewzruszony się pdnosi i walczy dalej. Milo nie lubi tracić czasu na takie głupotki jak pampers. Nawet z gównem na tyłku rusza radośnie na podbój świata.

12.40 śpi. Mam do 2 godzin spokoju. Pierwsze 15 min siedzę i próbuję dojść do siebie. Nie wiem od czego zacząć, przez dom przeszedł MILAN (czyt. tornado). Ogarniam kuchnię, coś jem,  biorę prysznic, siadam do kompa z pomysłem na nowy post. Zanim do niego przechodzę muszę jeszcze odpisać na maile, komentarze, zrobić kawę . Piszę 10 min, wariat się budzi. Karmienie, przewijanie, ucieczka z gołym tyłkiem, pościg, bekanie, ubieranie. 40 min jesteśmy gotowi do wyjścia.

image1(4)

W pierwszą stronę jest super, wszystko go interesuje, nie ma dziecka. Korzystam z dobrej passy, wchodzę do Rossmana, ale tam za wysokie progi  na nasze krótkie nogi. Ewidentnie za długo stałam przy szamponach, znudziło mu się czekanie także musiałam szybko wychodzić wybiegać. Wracając, zahaczam o Biedrę, Milan już mocno znudzony krajobrazem, 400 metrów od domu, zaczyna się dramacik. Głównie mój bo muszę nieść  go na rękach (10 kg ruchliwego dziecka), pchając jednocześnie  głupi, skrętny trzykołowy wózek. Po 5 min zaczynają go fascynować moje zęby, wciska mi rękę do buzi i uświadamia, że pora na manicure. Resztkami siła wczołguje się na 3 piętro, z nim i siatami.

Robię jedzenie dla Młodego, przecież nie dla  siebie. Ja już od dawna jem co popadnie. Odpalam blender – zaczyna się płacz. Milan nie lubi depilatora, suszarki, odkurzacza, blendera, nawet pani w widzie, która ze stoickim spokojem mówi piętro 1. O dziwo zasypia przy Szumisiu… i weź tu zrozum dziecko?!

Kroję mięso, otwieram szufladę z przyprawami . Oczywiście dziecko me nie może przegapić takiej okazji. W sekundę znajduje się przy szufladzie, w drugiej sekundzie wyrzuca opakowanie z ziołami na podłogę. Dobra, ewidentnie cieszy się  z tej zdobyczy, niech się bawi. Bałagan mi nie straszny, kwestia przyzwyczajenia. Kiedyś to sprzątnę. Po 5 min mam już ziołową podłogę, ziołowe dziecko i wiem też, że zioła nie zawsze działają uspokajająco.

Zaczynam zamiatanie, ale łatwo nie jest bo szczotka jest na liście jego ulubionych zabawek. Wynoszę go do tonącego w zabawkach salonu licząc, że któraś zainteresuje go na 5 min. Wracam do kuchni, zamiatam, po minucie Milo jest już obok. Odstawiam szczotkę, wynoszę go do salonu, BIEGNĘ, zamiatam dalej, odwracam się, wyciągam szufelkę, jego ręce są już w śmieciach. Niewiele tu zdziałam, idziemy się bawić.

Idę do łazienki, orszak za mną. Zapewne nawet Królowa Elżbieta chodzi tam bez świty, ale ja zawsze z obstawą. Nigdy nie wiadomo co mnie tam spotka, smok jakiś czy co. Załatwiam się, on w tym czasie otwiera szufladę. Depilator, suszarka, prostownica, wszytko ląduje na podłodze. Nawet już go nie powstrzymuję, siedzę tak sobie po prostu  i ciesze się chwilą. Po paru minutach wstaję, myję ręce, nie wiadomo kiedy, ale on już zdążył wyciągnąć z sedesu niespuszczony jeszcze papier. Zatem sprzątam papier, suszarkę, lokówkę, myje ręce nam obojgu.

Koło 17.30 -18.00 szalejemy na łóżku przy otwartym oknie i wypatrujemy taty. Milan obserwuje co się dzieje na podwórku i  przy okazji wygłasza orędzie do narodu, uderzając jednocześnie ręką o parapet Nie, nie nie, nie!!!!

SubstandardFullSizeRender

Przychodzi tata. Milan aż się ślini ze szczęścia. Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa. Bez ironii i  żartów, wariujemy, biegamy po mieszkaniu, skaczemy, rozśmieszmy go. Cały dzień czekam na te chwile. Najlepszy humor Milan ma jak jesteśmy we dwoje. Swoim głośnym śmiechem wynagradza mi ból głowy i gorzkie chwile macierzyństwa.

W mieszkaniu nieład, kolacja niegotowa, na ścianie wciąż kawałek brzoskwini, zaraz się pewnie jeszcze o te wszystkie nie zrobione rzeczy pokłócimy, ale mój Miluś  najszczęśliwszy pod słońcem. Może gdzieś na świecie są idealnie mamy, lepiej zorganizowane, z perfekcyjnymi paznokciami, poprasowanymi ubraniami, nieskazitelnym porządkiem  i spokojnymi, ułożonymi dziećmi. Może.

Naprawdę, szczerze zazdroszczę Wam tych paznokci.  Pozdrawiam czule.

Podobał Ci się mój wpis? Daj mi znać, tu i teraz. Zostaw komentarz. Udostępnij na FB. Daj like. Zróbmy hałas.

To może Ci się spodobać

  • Mam podobne dni, ale z nieco mniejszym maluchem, którego wózek parzy i spacery zazwyczaj kończą się po 30 minutach. W tym momencie w gruzach legła moja wizja mamusinego spacerku ze śpiącym synusiem. Nie z takim egzemplarzem 😉 w domu wcale nie lepiej, trafił mi simę dzieć wyjątkowo wymagający bez potrzeby ładowania baterii w dzień. Ale… ale przecież i tak Go kocham ponad wszystko! I chyba to jest najważniejsze 😉

    • Jola

      Moj urwis daje popalic strasznie, chalupa wyglada jak po tornadzie 😉😂 I choc zazdroszcze tym co dziecko spi i je 😉 To I tak kocham jak nikogo innego, jeden usmiech wynagradza wszystko 😉

  • Żaneta

    Paznokcie możesz zawsze zrobić u kosmetyczki 🙂 Jakąś hybrydę (ja tak robię i cieszę się zawsze pomalowanymi paznokciami inaczej czasu bym nie miała). Ja też chciałabym poznać takie mamy, które wszystko mają ogarnięte (nie wiem jakim cudem?). Mi nawet ciężko obiad ugotować, eh.

  • Aleksandra Kamińska

    Ja sobie darowuje wyciaganie z wózka, plecy wazniejsze. Jak beczy w wózku to niech beczy, ja ide z promienną miną, usmiecham sie do mijających mnie zdziwionych ludzi i obserwuję chmurki:)

    • Jola

      Ja tak samo, wyciagam go dopiero jak wniose zakupy na pietro, bo zakupy + 10 kg dziecko + krete schody = wypadek, a jak go raz wezme na rece to pozniej nie zostanie sam 😬😬😬😬😬

  • pat

    dzis u nas,,,,,

  • Paulina Kowalska

    Jakbys mowila o moim dziecku.. czytalam to rok temu i sie smialam. Dzis moj maly komandos ma 14 mc. Dzis tez sie smieje ale teraz wiem ze ten pakiet atrakcji moze wystapic w ciagu jednego dnia a nawet w pol 😂 za to jest taki kochany ze jego buziaczki, przytulaski i usmieszki wynagradzaja wszystko.