Bez kategorii

Kreskę poproszę

Nic nie wskazywało na taki przebieg spraw. Niewinna rozmowa telefoniczna z przyjaciółką  uświadomiła mi, że coś jest nie tak. Zakończyła się podniesionym ciśnieniem i wizją jednej słabej kawy dziennie. W głowie obliczenia, wyliczenia wyższa matematyka. Pół godziny później wiedziałam tyle, że powinnam się bać.  Kiedy dotarło to do moich szarych i tęczowych komórek, serce me zaczęło bić szybciej, a lodówka śpiewać głosem Lionela Richie „Is it me you looking for?”

Problem zauważyłam 4 dni po po terminie. Należałoby to zbagatelizować. Ale nie ja! Ja muszę wiedzieć dziś, teraz, w tej chwili albo za 5 min jak tylko zdążę dojechać do apteki. Zatem czekam nerwowo na męża i przebieram nogami. Mogłabym np. posprzątać żeby czas szybciej minął ale ani myślę w stresie głupotami się zajmować. Kiedy pojawia się mąż zakładam dres na piżamę i oznajmiam, że muszę wyjść pomyśleć.  On wzruszył tylko ramionami, a kiedy jak Bolt wybiegałam z mieszkania powiedział „Może śmieci byś wyrzuciła?” Myślę sobie Boże jakiż on przyziemny, sprawa na miarę Brexitu, a ten mi ze śmieciami wyjeżdża. Biorę worek, wrzucam do samochodu i ruszam. Pierwszy zakręt, wór leży, śmieciowe puzzle też.

-Test ciążowy poproszę!

-Jaki?

-Jak to jaki? Ciążowy

-Paskowy, strumieniowy, płytkowy?

-Obojętne mi, skuteczny! – W tym momencie robię wymowny wytrzesz oczu, który oddaje wiecej niż tysiąc słów.

-Żaden test nie daje 100 % pewności…

-PŁYTKOWY!

Do domu było 5 min drogi na stację Shell były tylko 3. Oczywiście  jak każdy normalny, zdrowy na umyśle człowiek wybrałam stację. Po 5 godzinach zobaczyłam upragnioną kreskę. Ok, pewnie minęło 5 min, ale nikt w takiej sytuacji  nie mówi  o realnym czasie, a czasie emocjonalnym. Także emocjonalnie jedna kreska 5 godzin się robiła. Ale warta swego czasu była. Wyszła ładna, gruba i intensywna. Co ważniejsze na tle białym jak mąka pszenna  Szymanowska co to Anna Lewandowska jej nie poleca.

6 dni po terminie.

Mówię do męża mego, niezbyt zatroskanego moim zatroskaniem kilkudniowym.

-Okres mi się już 6 dni spóźnia.

-Ooooo

Po dłuższej chwili dodaje.

-To musielibyśmy wakacje przyśpieszyć.

No racja myślę. Przecież przy drugim dziecku najważniejsze są wakacje. Na tym kończymy rozmowę naszą elokwentną i błyskotliwą jak sztuczne ognie na Wielkanoc. Od zawsze wiedziałam, że związek z intelektualistą do ryzykownych należy.

7 dni po terminie

Zapomniałam o temacie bo syn w nocy ząbkował, a potem ja cały dzień umierałam. Wtedy też nastąpił kryzys. A jak już wiecie, albo i nie wiecie kryzys jest wtedy kiedy jesteś już tak niewyspana, że leżysz z dzieckiem na łóżku i pozwalasz mu się bawić swoim telefonem i resztkami Sudocremu, a jedyne co mówisz kiedy klepie Cię po twarzy i włosach ubabranymi od kremu rączkami to: „Synuś tylko nie po nowych rzęsach mamusi za 150 zł” i dalej leżysz jak ta kłoda przeświadczona, że te 20 min spokoju są tego warte. A w międzyczasie próbujesz sobie przypomnieć czy myłaś dziś już zęby.

8 dni po terminie

Przestaje mnie to śmieszyć.  Trzęsę się już  jak stawiające pierwsze kroki nogi Milana. Następuje mobilizacja, w głowie układam, plan działania i długą listę postanowień co zrobię jeśli jednak nie jestem w ciąży. Podróż do Indonezji z plecakiem na ramieniu, romans z umięśnionym i wytatuowanym bad boyem, lifting pośladków, kolczyki w sutkach…

A nie, sorry pomyliło mi się ze studencką listą rzeczy do zrobienia. Poniżej aktualna lista.

  • iść do fryzjera
  • przedłużyć  paznokcie
  • kupić nowy depilator

Jestem taka szalona myślę. Boysi o mnie śpiewali, bankowo o mnie, dla mnie to napisali, no czuję że ja byłam ich muzą. Ale najważniejsze co postanawiam, to że przede wszystkim pojadę na te nierozsądnie drogie wymarzone wakacje, które od tak dawna planuję, a im bliżej terminu tym kasy bardziej szkoda. Od dziś nie szkoda. Jadę!!! No chyba, że jestem w ciąży.

9 dni po terminie

Jak tylko wstałam, ubrałam Milana,  spakowałam torby i pojechałam na długi weekend do mamy. Po drodze zahaczyłam o aptekę, odpuściłam już stację benzynową, ale wpadłam do męża do pracy i tam zrobiłam test. Znowu jedna kreska, jak z bicza strzelił,  na tle białym jak kilo koki. Stres trochę opadł, ale tylko trochę bo później przypomniało mi się, że przy Milanie dopiero trzeci test wyszedł jak już w 6 tygodniu byłam. Przyjeżdżam do mamy.

-W ogóle nie masz się co martwić. Ja Ci tu policzę zaraz.

Po chwili orientuję się, że mama z  matematyką też ma pod górkę. Przy czwartym razie dochodzi do tych samych wniosków co ja. 9 dni po terminie. Mówi o cholera, wytrzeszcza lekko oczy i uspokaja. Byłaś na wyjeździe, zmiana klimatu, tak to na pewno zmiana klimatu.

-tak…ocieplenie globalne.

10 dni po terminie

7:20 krzyczę z łazienki

-Yehha Milan jedziemy na Bali!!!! Wciąż jesteś jedynakiem !!

Tańczę Makarenę i zaczynam niedzielę 🙂

 

 

Podobał Ci się mój wpis? Daj mi znać, tu i teraz. Zostaw komentarz. Udostępnij na FB. Daj like. Zróbmy hałas.

To może Ci się spodobać