Bez kategorii Mój Świat

Pamiętnik z wakacji

Wyjeżdżając na urlop  z dzieckiem, warto uświadomić sobie pewne rzeczy. Miedzy innymi, to że plażowanie z drinkiem w jednej ręce i  książką w drugiej  to już czas przeszły, dokonany. Od kiedy dziecko wkracza w wiek, w którym zaczyna mieć swoje zdanie i umie je wyrażać choćby kładąc się na środku sklepu, machając każdą kończyną i wyjąc jak Taylor Lautner w sadze Zmierzch wiedz, że nic nie będzie już takie samo.

Przed wyjazdem należy zdać sobie sprawę, że malucha niespecjalnie interesuje fakt, że następne takie dwa tygodnie to dopiero za rok i że przez ten czas będziesz się zarzynać żeby na resztkach oparów do tego kolejnego urlopu dotrwać, ciułając przy tym złocisze na krewetki i wino, które i tak on zje.  Nie interesuje go, że wyrwałaś się z pracy i ostatnie na co masz ochotę to wstawanie przed obsługą hotelową i otwieranie śniadań, a już na pewno spływa po nim, że bardzo chcesz obiad, kolację czy chociaż marną przystawkę zjeść w spokoju. Na siedząco. Na ciepło. Przeżuwając każdy kęs chociaż 10 razy.

Oczywiście nie mogę narzekać bo póki co mam tylko jedno dziecko, a to że nadaktywne, nieprzepadające za snem,  za to kochające elektronikę, nowe technologie, wspinaczkę meblową, bieg przełajowy przed starymi i kawę mamy to zupełnie nieistotny drobiazg. Poza tym mój syn w te wakacje trochę wyluzował i dał nam pożyć, ale o tym później. A pożyć absolutnie nie znaczy, że nas słuchał, dał zjeść w spokoju i nie robił scen.

W tym roku zdecydowaliśmy się na Maderę, uznawana za wyspę dla starszych ludzi. Powodzenia dla wszystkich dziadów i babć  pokonujących te górki i pagórki. Już naprawdę sugeruję zaopatrzyć się w wózek  i wnuka do pchania.  

Madera okazała się piękna, idealna, lepsza niż na pocztówkach. Niemniej jednak żeby nie było za słodko, okazała się też droższa niż w przewodnikach pisali. Dla mnie wyjątkowo droga, bo u mnie nie ma prostych ścieżek. Po 32 latach egzystencji pora spojrzeć prawdzie w oczy. Brutalnej, bolesnej, gorzkiej prawdzie. Otóż … jestem pierdołą. 

Podczas ostatnich wakacji w jednej ze świątyń zostawiłam kamerkę GoPro. Wszyscy święci zapewniali, że to na pewno turyści ją zabrali. To na pewno Japonce i Chince-oni lubą takie malutkie zabaweczki. Na bank oni.  Pech chciał, że jak ktoś znajdzie obrączkę to zaraz info rozpływa się po FB, bo przecież wszystko dla miłości. A jak porządna matka, modląc się na kolanach w świątyni – no dobra pozująca do zdjęć – zostawi kamerkę to na FB cisza.

Kontynuując wywód – pierwszego dnia tych wakacji mój całkiem nowy iPhon postanowił się zepsuć. Przypuszczam, że w podjęciu tej decyzji dzielnie wspierał go mój syn mały niepozorny, jednak zniszczenie siejący.

Nie musiałam długo czekać aby znowu utwierdzić się w przekonaniu, że na drugie mi pierdoła. Kolejna tragedia miała tym razem miejsce w muzeum. Ok, może i brzmi to podniośle, ale ambitnie nie było. Rzecz miała bowiem miejsce w muzeum Ronaldo. Swoją drogą to niesamowite jak bardzo Krystyny tam nie lubią. Niby stawiają mu muzeum, ale złośliwie wszystkie jego podobizny robią dzieci w gimnazjum na zaliczanie 1 klasy. Ale  przyznać trzeba,  że chłopak naprawdę ma talent. Liczba wazonów, które dostał w karierze jest imponująca.

 

Podziwiając jeden z nich postawiłam lustrzankę na gablocie. Sęk w tym, że nie była ona płaska, a nieco pod skosem i aparat strzelił gola prosto na podłogę.  Taka to właśnie mroczna historia kryje się za wakacjami  Anno Domini 2017. Oczywiście lustrzanka już nie działa. Ale w akcie złości i desperacji kupiliśmy tam nową, karta kredytowa wciąż czeka na spłatę.

Tak rozpoczęte wakacje nie mogły być złe.  Zepsuty sprzet i debet na karcie wynagrodziła Madera. To jedne z nieliczynych miejsc gdzie nasze wyobrażenia nie minęły się z rzeczywistoscią. Z moich wnikliwych obserwacji wynika, że to również  jedeno z nielicznych miejsc na świecie  gdzie wiedzą jak kłaść różową, żółtą i zieloną elewację.   Ponadto Madera jest tak czysta, że wjeżdżając naszym zagraconym, zalanaym wózkiem, z  głosnym dzieckiem miałam wrażenie, że robimy tam zwyczajnie bałagan.  Jeśli lubisz leżeć i pachnieć, chociaż nie wiem czy na plaży  ktokolwiek pachnie – to raczej nie jest miejsce dla Ciebie.  Plaż jest mało, za to jest tu tyle pięknych, zapierających dech w piersiach szlaków, tras i widoków, że naprawdę ostatnie na co miałam tam ochotę to plażowanie.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że nasze dziecko zawsze ma plany ciekawsze od naszych i woli iść w przeciwnym kierunku. Tym razem dla odmiany postanowił zrobić wielki ukłon w naszą stronę i naprawdę dał pospać. Co z kolei miało też swoją cenę. Chodził spać tak późno, że ja padałam średnio 40 min po nim. Także na popijanie oranżady na tarasie wieczorową porą, w blasku księżyca tudzież świec czasu już nie było. Niestety to co nadal totalnie nudzi Mila to fajne knajpy, dobre jedzenie i siedzenie.

Zaliczyliśmy jednorazowo 8 kilometrowy trekking z dzieckiem na rękach – moich lub męża. Dlatego zaprawdę powiadam Wam nie szukajcie wymówek, i nie biadolcie jak to dziecko ogranicza.  Owszem wszystko utrudnia,  komplikuje i psuje (wziąz mam żal za tego iPhona7), ale wiele zależy od nas.

Jeśli czekacie na moje wskazówki to mam kilka. Pierwsza. Nie jedzcie tam, Madera zabija cenami. Ale jeśli już się zdecydujecie to miejcie na uwadze, że wino jest tam bardzo tanie, lampki zawsze pełne, a testy ciążowe bardzo drogie (najtańszy  8 euro). Także wniosek nasuwa się sam. Nie opłaca się tam jechać w ciąży, za to na w razie co warto zabrać swoje testy ciążowe. Tak naprawdę gorąco polecam tą piękną portugalską wyspę, nie pożałujecie, bo  Madera urzeka piękną architekturą, przyrodą, zielenią i roślinnością.  W takim miejscu człowiek uzmysławia sobie jak dużo radości daje mu otaczanie się naturą,  jak potężna to jest siła i jak czasem niewiele nam trzeba do szczęcie.

 

Podobał Ci się mój wpis? Daj mi znać, tu i teraz. Zostaw komentarz. Udostępnij na FB. Daj like. Zróbmy hałas.

To może Ci się spodobać