Kącik Dziecięcy Mój Świat

Wyjazd z dzieckiem. Część I

Nosiło nas od dawna. W końcu nadszedł ten wyczekany dzień. Wyjeżdżamy. Pakujemy walizki  i jedziemy przed siebie. Po drodze głośna muzyka, książka, śmiechy, chichy, kawa, po co kanapki skoro można zajechać do knajpy? Przecież nigdzie nam się nie spieszy. Dojechaliśmy, wypasiony hotel, basen, spa, łóżko XXL – chwilo trwaj. Trwaj mówię!! Nadchodzi wieczór. Szpile, czerwone usta, kolacja, lepsza niż moje kanapki. Kalorie? A w dupie z nimi.  Lampka wina, potem kolejna, deser  już w pokoju.

Co Wy ? Chyba nie daliście się nabrać ? Tak to owszem było, ale przed ciążą i przed dzieckiem. Kiedyś wyjazd miał to do siebie, że nic nie musiałam, wszytko mogłam. Teraz wiele muszę, mniej mogę.

Krok pierwszy. Pakowanie.

Jestem matką. Czy tylko mi się wydaje czy to jednak cholernie odpowiedzialna robota. Moim założeniem było spakować nas idealnie. Tak żeby nic mnie nie zaskoczyło.  Mąż będzie dumny (nawet nie zauważył). Termometr, to dziwne coś do wyciągania glutów bo nie zasnę jak moja kruszynka będzie rzęziła, a skoro to biorę to i krople do nosa, ulubione zabawki,  mata edukacyjna –  w końcu zapewnia 10 min spokoju,  płyn do naczyń (naprawdę nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie), obcinacz do paznokci, paracetamol bo nie zaszkodzi mieć,  szczotka do mycia butelek, pampersy na basen, gąbka do mycia,  szampon do włosów mimo, że Milo zrzuca włosy na wiosnę (new look).  Milion śpioszków bo czasem jeszcze refluks daje się we znaki, tryliard spodenek,  sryliard bluz, kombinezonik, kurteczka, wózeczek…itp. Długo rozważałam wzięcie sterylizatora, ale jednak maż wybił mi go z głowy. Ok, mamy wszystko. Jestem genialna, jestem szyja tej rodziny. Szyją, głową i mózgiem operacji. Jak dobrze, że nie ja znoszę to wszytko z tego nieszczęsnego 3 piętra. Jeszcze tylko swoje rzeczy spakuję i jestem gotowa. Więc pakuję te sukienki, szpilki….po dłuższej chwili dociera do mnie, że chyba jednak  nie pójdziemy we dwójkę na kolację, chyba  jednak szaleć wieczorem też  za dużo nie będziemy… Zostawiam jeansy, bluzy, T-shirty. Finalnie jestem z siebie dumna, pierwszy raz mam mniejszy bagaż od męża. Nigdy nie umiałam się pakować, ale już się nauczyłam. Wystarczyło zrobić sobie dziecko. Jeszcze zanim cokolwiek włożyłam do walizki wiedziałam, że i tak tego nie założę, albo zaraz będzie zarzygane.  Teraz jeszcze muszę tylko nauczyć się pakować Milana… pewnie w tym celu konieczne będzie zrobienie drugiego dziecka, ale w sumie spoko. Parę lat dam radę przeżyć bez tej tajemnej wiedzy.

Krok drugi: podróż

Wyjeżdżamy. Młody zadowolony, pewnie czuje przygody w powietrzu, albo po prostu mleko mu smakowało. Myślałam, że spał już dość głęboko, samochód zdążył się nagrzać. Więc zatrzymaliśmy się żebym mogła zdjąć mu kurteczkę i czapką. BŁĄD. Płaciłam za niego z 10 min. Wiadomo, ryk na cały regulator.

Po drodze postój na kupę, nie moją. Tą Milana czuć było w całym samochodzie. Kawa na wynos, knajpę odpuszczamy, ubieranie śpiącego malucha, później wysłuchiwanie dramatu, który by nam odstawił. Nie, dziękuje. Mamy kanapki.

Dojeżdżamy. Cale szczęście bo po drzemce ewidentnie mu się nudziło. Śpiewam, klaszcze, iEntertaiment, jak zwykle robię za nadwornego Clowna, on krzyczy jakbym mu mleka żałowała i na dietę kazała przejść. Książka nieruszona.

Krok trzeci: plany i założenia

Hotel super. Będziemy codziennie biegać, chodzić na basen, kręgle, symulator golfa, pogoda nam nie straszna.

Ta jasne…

Ciąg dalszy znajdziesz tu

_DSC6010 _DSC6013 _DSC6016

Podobał Ci się mój wpis? Daj mi znać, tu i teraz. Zostaw komentarz. Udostępnij na FB. Daj like. Zróbmy hałas.

To może Ci się spodobać