Bez kategorii Mój Świat

Czerwone pudełko

Na samą myśl co się mogło stać, poczuł ścisk w żołądku. Wiele razy wykrzykiwała to w kłótniach trzaskając drzwiami tak mocno, że aż porcelanowa kolekcja aniołków z odpustu drżała, ale przecież nie zrobiłaby tego. Teraz od 10 minut nerwowo pukał do drzwi i zastanawiał się co jeśli tym razem nie żartowała? Co jeśli go zabrała?


Dobrze znał tą klatkę schodową i choć minął rok od kiedy już tam nie mieszka wciąż pamięta, że na 2 piętrze zawsze czuć smród kota Pani Ząbek, a Pani Grabek spod 3 co niedzielę miała najazd tatarów. W poniedziałek kiedy pod blokiem czyścił swoją taksówkę zwykła powtarzać Panie Wojtku, oni chcą mnie do grobu wpędzić. Wtedy wprowadzą się tu z tymi moimi rozpieczonymi wnukami i będziecie mieli wszyscy znacznie większy problem niż śmierdzący Puszek. Uśmiechnął się, na samą myśl tych wspomnień. Wieleby dał, żeby wrócić do tych czasów.

Stojąc i patrząc na odchodzącą od futryn farbę, niemal poczuł jej chemiczny zapach. Przypomniał sobie dzień, w którym ją malował. Był lipiec 2001 roku, gorący, parny dzień. Weronika niechcący szturchnęła go pokaźnym już wtedy brzuchem, a on stracił równowagę i czołem przykleił się do świeżo pomalowanej na niebiesko futryny brudząc czoło i nos. Na jego twarzy szybko pojawiła się irytacja, ale kiedy powiedziała „Oj Wojtuś, nie patrz tak na mnie, to dziecko Cię kopnęło. Ehh taki mały, a już nicpoń” Oboje wybuchnij śmiechem. To były ich najszczęśliwszy okres.

Minęło zaledwie 10 lat, a on stał pod tymi samymi drzwiami i nerwowo obdrapywał niebieską farbę, licząc że ktoś mu w końcu otworzy. Już dawna nie było tam szczęścia, już dawno nie mówiła do niego Wojtuś. W głowie miał milion myśli. Początkowa złość zaczęła przeradzać się w strach. Przecież to był jego dzień. W kieszeni miał bilet, na tą dziwną bajkę o zielonych potworach, o której Maciuś tyle opowiadał. Przecież to mój dzień, powtarzał nerwowo pod nosem. Czuł, że coś jest nie tak. Od 2 dni jej telefon nie odpowiadał. Przeczuwał, że jej tam nie ma, ale nie potrafił odejść. Dokąd miałby iść, gdzie miałby ich szukać. Z rozmyślań wyprowadził go znajomy głos.
-Dzień dobry Pani Wojtku. Miło Pana znowu widzieć. A wie Pan, że tym razem 4 w totka skreśliłam?
-Dzień dobry, Pani Jolu. To widzę, że idzie coraz lepiej.
-Owszem, może przed śmiercią dojdę do 5 – uśmiechnęli się oboje
-A co Pan tak stoi ? Nie mam ich.
-A nie wie Pani kiedy będą? Dziś jest mój dzień.
-Oj Panie Wojtku – westchnęła głośno i popatrzyła na niego z troską – Ja to nigdy za nią nie przepadałam. Starał się opanować, ale serce biło mu coraz mocniej, łzy napłynęły do oczu
-Gdzie oni są? wykrzyczał

Kiedy urodził się Maciuś, zwariował na jego punkcie. Uwielbiał jego pulchne nóżki, świecące oczy i ten słodki zapach niemowlaka. Zalała go miłość. Nie wiedział jak być ojcem, nie planowali dziecka. Byli jeszcze młodzi, ich świat się kręcił wokół karcianych wieczorków, potańcówek, taniego wina i LM’ów lightów, które palili hurtowo. Szybko pogodził się z zamianą prywatek na pieluchy. Tylko czasem miał wrażenie, że ona tęskni za tamtym życiem.

Drogi do domu nie pamięta. Pani Jola próbowała go zatrzymać, uspokoić ale zbiegł z klatki i z piskiem odjechał spod bloku. Wszystko było jak za mgłą, jakby nie jego ciało, nie jego myśli. To nie jego życie, to się nie dzieję naprawdę. Przypomniało mu się jak tydzień temu przyszła do niego. Była miła i spokojna, jak nie ona. Mówiła coś o wyprawce do szkoły dla małego, poprosiła o kawę, choć dobrze wiedziała, że jej nie pije. Poszedł pożyczyć od sąsiadki, a ona została sama, miała czas. Nie, to nie prawda, powtarzał w myślach. Przecież nie zrobiłaby mu tego, nie zrobiłaby tego ich dziecku. Dawno przestał wierzyć, że jeszcze mogą być razem, ale z myślą o Maćku zaczynał każdy dzień. Ona nie może ich rozdzielić. Kiedy wrócił z kawą, dziwnie się zachowywała, po dwóch łykach wyszła. Potem długo zastanawiał się o co mogło jej chodzić. Teraz rozumie, teraz wszystko składa mu się w całość.

Kiedy w końcu drżącymi rękoma udało mu się otworzyć drzwi, podbiegł do regału i z górnej półki wyjął nieduże, czerwone pudełko. W mieszkaniu panowała przeraźliwa cisza, słychać było tylko bicie jego serca. Kręciło mu się w głowie, z trudnością mógł złapać oddech. Wciąż się łudził, że to nie prawda. Otworzył je i zamarł w bezruchu. Nogi się pod nim ugięły, przed oczami zrobiło mu się ciemno, upadł na podniszczały zielony dywan, który zabrał z ich wspólnego mieszkania, tego samego dnia kiedy kazała mu się wynosić. Długo leżał w bezruchu i płakał, ściskając puste, czerwone pudełko.

Podobał Ci się mój wpis? Daj mi znać, tu i teraz. Zostaw komentarz. Udostępnij na FB. Daj like. Zróbmy hałas.

To może Ci się spodobać

  • Agata Kaługa

    Robi wrażenie. Kipgołing 🙂